Już chwila minęła od momentu, kiedy blog przeszedł metamorfozę (dzięki Danuzji i m0bi’emu z Mastodona, którzy jako Kooperatywa Sieciowa zajmują się takimi magicznymi sztuczkami jak odświeżenie szaty graficznej i przenosiny na nowy silnik i hosting), materiału na wpisy też się trochę zebrało… Na pierwszy ogień idą moje wrażenia z jednego z ostatnich festiwali, na których byłem, i który przez kilka lat chyba trochę niesprawiedliwie ignorowałem.
Rave w muzeum, czyli 500 artystów w starym kombinacie
Beats for Love odbywa się w Dolní Oblast Vítkovice – muzealnym kompleksie po kopalni, koksowni i hucie. O tym jakim cudem taki kompleks w ogóle przetrwał, skoro u nas po podobnych zakładach zostają najwyżej samotne wieże rozpiszę się niedługo osobno, a tu skoncentruję się na festiwalu – organizacji i dostępności.

Od 2013 roku w Vitkovicach odbywa się festiwal muzyki klubowej Beats for Love, który startował jako niewielkie wydarzenie z pięcioma scenami, a obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i największych tego typu festiwali w Europie Środkowej. Kilka liczb: odwiedzających w 2024: 160 tys., w 2025: 164 tys. osób. Do tego 18 scen, ponad 500 artystów na przestrzeni 4 festiwalowych dni – a już zapowiedziano, że przyszłoroczna edycja potrwa o jeden dzień dłużej. Światowej klasy DJ-e i producenci, którzy wypełniają największe stadiony – Armin Van Buuren, Paul van Dyk, Marshmellow, Dimitri Vegas, Jeff Mills, London Electricity, Deep Dish, Charlotte de Vitte i wielu, wielu innych.
Dlaczego tak późno?
Z jakiegoś niewytłumaczalnego dla mnie powodu, wcześniej ignorowałem istnienie tego festiwalu, nie zdając sobie sprawy z tego jak niesamowite jest to wydarzenie. Wzorem dla mnie były imprezy w Holandii, ale te polskie też uznawałem za niezłe (choć o kilka poziomów niżej od holenderskich, głównie jeśli chodzi o detale organizacyjne), dopiero jakoś w tym roku postanowiłem sprawdzić o czym tak wiele osób na grupach poświęconych muzyce klubowej opowiada. I, o ludzie, dlaczego tak późno?

Pierwszy raz w Vitkovicach byłem prawie równo dwa lata temu, na imprezie Exit in Industry z DJem Rushem, stosunkowo niewielkiej imprezie zorganizowanej przez jednej z ostrawskich klubów. Wtedy była to tylko jedna noc i dwie lub trzy sceny, a pozostała część kompleksu tylko gdzieś mi tam majaczyła na nocnym niebie, powodując lekki dyskomfort (wielkie, ciemne instalacje ukryte w cieniu – natychmiastowa megalofobia). Gdzieś tam na bucket liście pojawił się pomysł zwiedzenia całości za dnia, w ramach funkcjonującego tam muzeum techniki, ale bez specjalnej presji na natychmiastowe wykonanie tego planu. Dlaczego ani wtedy, ani rok później nie wybrałem się na Beats for Love? Nie mam pojęcia, szczególnie, że już w 2025 było tam mnóstwo znanych gwiazd. No, ale co ma wisieć nie utonie, więc…
Pierwsze wrażenie: „ale tu pięknie” i „ja się tu zgubię”
Moja pierwsza myśl, gdy po raz pierwszy znalazłem się na terenach festiwalowych – „jak tu pięknie”. Połączenie kolorów, świateł, muzyki i ludzi z tym niesamowitym tłem jakie stanowiły industrialne instalacje jest czymś niesamowitym, zarówno za dnia jak i w nocy. Druga myśl – jakie to wszystko wielkie.

Dla porównania: wymiary terenów festiwalowych w Ostrawie to mniej więcej 800 na 660 metrów, podczas gdy w kołobrzeskim Podczelu, gdzie odbywa się Sunrise Festival, to „zaledwie” 200 na 360 metrów (przy założeniu, że zamykamy teren imprezy w prostokącie, licząc w najszerszych miejscach). Pamiętam, że przejście terenu Sunrise Festival z kamerką zajęło mi (odwiedzając wszystkie sceny) około 16 minut, w Ostravie tyle zajmuje przejście jednej, głównej „osi” festiwalu – a dodatkowo jest tam tyle odnóg i zakamarków, że zgubienie się wcale nie byłoby nierealistycznym scenariuszem. Szczególnie, że oficjalna festiwalowa aplikacja z mapką… wyglądała ładnie, ale nie była najbardziej czytelną i funkcjonalną jaką w życiu widziałem. Sunrise i ING Silesia Beats Festival robią to lepiej, tworząc interaktywne mapy, z oznaczeniem naszej lokalizacji w danym momencie. Ale umiejętność zrobienia dobrej mapki to jedno, a zupełnie inna sprawa to ogarnięcie tego, co dzieje się poza terenem festiwalu – i tu Czesi zostawiają nas w polu.
Dojazd i wyjazd, czyli czego jeszcze musimy się nauczyć
Czego Polacy nie robią i jeszcze chyba długo nie będą robić lepiej to kwestie dojazdu i wyjazdu z imprezy. Festiwal nie dysponował co prawda własnym parkingiem, ale organizatorzy dogadali się z położonym niecałe 2 kilometry od kompleksu centrum handlowym Forum Nova Karolina, które przez całe 4 dni służyło (za darmo!) gościom za okazaniem festiwalowej opaski jako parking, z którego na imprezę albo szło się pieszo, albo dojeżdżało tramwajem, lub taksówką. Co do samych tramwai – te jeździły co kilka lub kilkanaście minut (wszystkie niskopodłogowe! kolejny ewenement, bo u nas jeśli podstawia się coś na takie festiwale to z reguły są to jakieś „gruzy”), a ruch drogowy na głównej trasie dojazdowej zorganizowano tak, by całe skrajne prawe pasy jezdni przy drodze wyjazdowej z wyjścia mogły służyć jako postój dla taksówek.
Wydawać by się mogło, że wypuszczenie ok. 60 tys. osób z terenu imprezy oznaczać będzie potworne korki i paraliż dzielnicy… a Czesi na to: jakie korki? Ani w trakcie mojej drogi powrotnej do Forum, ani w trakcie wyjazdu z niego do domu nie natrafiłem na nie ani razu. Kto próbował autem wyjechać z Sunrise Festival albo z koncertu na Stadionie Śląskim, wie jak to u nas wygląda.
Post-apo, teatr ognia i randki w ciemno, czyli co się dzieje między scenami
No dobra, a jak wrażenia muzyczne i ogólnie festiwalowe? No cóż, nie bez powodu wspomniałem już o wydarzeniach w Holandii bo moim zdaniem Czesi absolutnie nie mają się czego wstydzić w porównaniu kraju sera, tulipanów i wiatraków. Festiwal ani przez chwilę nie pozwalał się nudzić. Poza kilkunastoma scenami, które same w sobie powodowały, że ciężko było się zdecydować gdzie iść, nie brakowało atrakcji i aktywności dodatkowych. Na pierwszym miejscu powinienem wspomnieć o panelach dyskusyjnych na temat muzyki klubowej, ale… były po czesku więc nie trafiły na moją agendę – mam nadzieję, że w przyszłości organizatorzy pomyślą o gościach z za granicy.
Producent kultowej Kofoli miał swój duży punkt, gdzie organizował konkursy dla uczestników, to samo Proud – czeski dostawca prądu. Jedna z sieci sklepów robiła co jakiś czas „rozdawajki” na żetony na darmowe jedzenie na festiwalu. Obok namiotu Techno Dome stał punkt zorganizowany właściwie nie wiem do końca przez kogo (może to pomysł samych organizatorów?), gdzie organizowano co jakiś czas konkursy w stylu randek w ciemno. Lekko na uboczu zorganizowana została „scena” w formie „cyfrowych wersji obelisków ze Stonehenge”, w których zamontowane były głośniki i w nocy organizowane były tam pokazy teatru ognia.

A ostatniego dnia, już krótko przed wyjściem z terenu imprezy zorientowałem się, że w jednym miejscu stoi cała post-apokaliptyczna wioska rodem z Fallouta.

Mówiłem już, że teren imprezy jest duży i łatwo się w nim zgubić? Oprócz tego były stoiska do „piwnego ping ponga”, piłkarzyki stołowe oraz oczywiście gastronomia…

Cała. Masa. Gastronomii.
Czesi słyną z dobrej kuchni i jeszcze lepszego piwa – więc głodni festiwalowicze mieli w czym wybierać. Szczerze mówiąc, na żadnym innym festiwalu nie widziałem takiej liczby stoisk i food trucków z różnego rodzaju jedzeniem. Nawet gdy organizowane są zloty food trucków w Katowicach, nie ma ich aż tyle co tam. I nie były to podłej jakości zapiekanki i hot dogi, jak na meczach i koncertach u nas. Burgery, makarony, langosze, pizze, kuchnia azjatycka, czeska, węgierska, stoiska z lodami, z owocami w czekoladzie, corn-dogi… heh, połowy z nich pewnie już nawet nie pamiętam. Punktami z gastro była obstawiona z obu stron cała długa ścieżka obok sceny głównej, można też było je znaleźć przy różnych ścieżkach komunikacyjnych na terenie kompleksu. Jedynym minusem niektórych spośród tych punktów było to, że stały na podwyższeniach z desek (chodziło zapewne o zredukowanie wpływu nierównego podłoża), więc w kwestii dostępności jest to pewien problem – ale wybór był na tyle duży, że i tak nie było na co narzekać.
Wzorowe nagłośnienie i internet, który działa nawet przy 60 tys. gości
Oczywiście organizacji, oprawie i wrażeniom wizualnym dorównywała akustyka na każdej scenie. Czesi od wielu lat pokazują, że jak trzeba to potrafią nagłośnić imprezę porządnym sprzętem. Już nie mówię o tym, że praktycznie wszędzie wisiały zestawy sound-systemów firmy L’Acoustics, już od dawna uznanej za branżowy top, jeśli chce się mieć porządną jakość dźwięku (a pamiętam, jak 10-15 lat temu były zachwyty, gdy te zestawy pojawiały się na pierwszych imprezach w Polsce – normalnie jakby wchodziła jakaś kosmiczna technologia 😉 ). Wiele scen miało też coś, czego w Polsce nadal na wielu festiwalach brakuje – dwie linie nagłośnienia. Jedna przy samej scenie, a druga ustawiona w połowie „parkietu”, dogłaśniająca „tyły”. Zamiast tego, w Polsce nadal na nagłośnieniu często się oszczędza, a wszelkie niedoskonałości dźwięku próbuje się eliminować na zasadzie „byle głośniej i jakoś to będzie”. Nie mówię tutaj tylko o dużych wydarzeniach – wiele klubów też ma ten problem.

Kolejny „fenomen”, któremu nie mogłem się nadziwić, porównując z warunkami w Polsce to tak prozaiczna rzecz jak dostęp do internetu. Pierwszy z brzegu przykład to niedawno otwarty, nowy stadion GKS Katowice – ma pojemność nieco ponad 15 tys. osób i w trakcie meczów jakikolwiek dostęp do internetu praktycznie przestaje tam istnieć. Na festiwalach bywa różnie, ale też często szaleństwa pod tym względem nie ma. A Beats for Love? Lekko licząc 50-60 tys. osób każdego dnia, a na terenie imprezy internet o prędkości ok. 100 Mb/s. Da się? Da się… tylko znowu, jak nie wiadomo o co chodzi to zapewne chodzi o oszczędności.
Kwestie dostępności
Dobra, po tym ogólnym rysie przechodzimy w końcu do tego, po co ten blog powstał – dostępności. Sam teren imprezy – jak to typowy festiwal – w większości na płaskim terenie, z reguły utwardzonym, więc nie było mowy o większych problemach. Co prawda główna ulica (nazywana tutaj przeze mnie „osią” kompleksu) miała dość wysokie krawężniki, ale były też obniżenia w miejscach przejść dla pieszych, więc wystarczyło nadłożyć trochę drogi i do większości miejsc można było się dostać bez problemu.

W ciekawy sposób rozwiązano kwestię toalet dla niepełnosprawnych – były to typowe, większe toj-toje, stworzone właśnie z myślą o wózkowiczach, ale… zamknięte na kłódkę i stojące obok punktów medycznych. O kluczyk do kłódki wystarczyło poprosić pilnujących tam bezpieczeństwa sanitariuszy, dzięki temu odpadał problem pt. „ciągle zajęta toaleta z kolejką na 20 osób”, bo po prostu nikt na te miejsca nie zwracał uwagi.
Sceny, platforma i bilety
Sceny były w większości bezproblemowo dostępne, nawet scena główna. Teren przed nią był utwardzony, podejrzewam, że kiedyś stała tam jakaś hala, a to co po niej zostało to jej betonowa podłoga. W dodatku w połowie długości załamywała się w dół, tworząc swego rodzaju skarpę i „punkt widokowy” na scenę ponad głowami ludzi. Była też dedykowana platforma dla osób niepełnosprawnych, ale z niej nie korzystałem.

Problem z dostępem był do 4 z 18 scen – żeby dojechać do dwóch z nich, trzeba było pokonać dość strome skarpy, więc sobie darowałem (nie grał tam nikt, kogo aż tak bardzo bym chciał posłuchać), a dwie kolejne były obsypane wokół żwirem.

Przy jednej był mniejszy i jakoś dało się przejechać samemu, z drugą miałem już większy problem i musiałem poprosić o pomoc. Dopiero później zorientowałem się, że była tam jeszcze jedna droga, asfaltowa, prowadząca wzdłuż (po przeciwnej stronie tego, co widzicie na zdjęciu) – co prawda nadal nie było to idealne rozwiązanie, ale lepsze niż przedzieranie się za każdym razem przez żwir. W kwestii biletów – Beats of Love oferuje bilety dla osób niepełnosprawnych (za połowę normalnej ceny, która w momencie gdy kupowałem karnet wynosiła ok. 750 zł) i opiekunów, ale dostępne były jedynie na miejscu w kasach, o czym dowiedziałem się już dawno po tym jak kupiłem własny.
Droga na parking – jedyny problem (z mojej winy)
Więcej niespodzianek i pułapek czyhało na mnie po drodze z Forum (parkingu) na teren imprezy i z powrotem. Okazało się bowiem, że w obie strony trzeba było przejechać po dużym, miejskim wiadukcie, który wymagał pokonania sporej różnicy wysokości – w zależności od kierunku, w którym się szło stromizna była albo z jednego, albo z drugiego końca wiaduktu. Alternatywnie była jeszcze kładka biegnąca nad ulicą i łącząca drugie piętro Forum z chodnikiem. Rozwiązywało to problem dotarcia NA imprezę, ale powrót był nadal „męczący”. Aha. wspominałem coś wcześniej o tramwajach, prawda? No, więc tak… z tego środka komunikacji skorzystałem już ostatniego dnia i to wracając z imprezy. Naprawdę nie wiem czemu tak późno na to wpadłem – może z obawy, że trafią mi się jakieś stare wagony ze schodami.
Podczas tych pieszych wycieczek czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Okazuje się, że nie wszystkie przejścia dla pieszych w Ostravie mają obniżone chodniki i natrafiłem na dwa miejsca, w których wymagałem pomocy -na szczęście na festiwalach nigdy nie ma z tym problemu – zawsze trafi się jakaś grupka, która idzie w tym samym kierunku, a i lokalna policja też była jakaś taka bardziej przyjazna i pomocna…


