Dziś coś z nieco innej beczki. Nadal będzie muzycznie, w dalszym ciągu oczywiście pojawi się akapit o dostępności (to jest tu w końcu najważniejsze), ale tym razem wyjątkowo nie ruszamy się poza granice Katowic, a „podróż” to dosłownie trzy przystanki autobusowe.
Braliście kiedykolwiek udział w koncercie, w którym jeden „utwór” trwa 20 minut i jest bardziej improwizacją niż konkretnym kawałkiem, znanym z płyt czy serwisów streamingowych? Tomorrow Comes the Harvest to – jak się miałem okazję przekonać podczas koncertu – niezwykły projekt trzech muzyków. Jeffa Millsa – ikony sceny techno, kultowego DJ-a i producenta, działającego od początku lat 90 XX wieku, perkusisty Prabhu Edouarda (który zastąpił zmarłego Tony’ego Allena, jednego z twórców całego pomysłu) oraz klawiszowca Jeana-Phi Dary’ego.
Przyznam szczerze, że do koncertu o Edouardzie i Darym nie wiedziałem praktycznie nic, nie będę się więc silił na przybliżanie Wam ich sylwetek, ale ponieważ Mills jest postacią niezwykle dla mnie znaczącą (jak i cała scena techno), to poświęcę mu dwa zdania.
Jeff Mills – ikona techno
Mills urodził się w 1963 roku w Detroit, które w Stanach uchodzi za kolebkę ciężkiej elektroniki. Pod koniec lat 80 powołał do życia kolektyw Underground Resistance i choć kilka lat później opuścił jego szeregi, fani techno do dzisiaj z łatwością rozpoznają charakterystyczne logo z czarnych liter „UR”, a kolektyw jako reprezentantów jednego z najbardziej jakościowych twórców i DJów sceny techno. Kariera solowa Millsa również obfitowała w pasmo sukcesów i pozwoliła mu zdobyć olbrzymią rozpoznawalność na całym świecie jako jednego z pionierów techno – nic zresztą dziwnego, bo Jeff za czasów swojej twórczości jako DJ i producent charakteryzował się bardzo charakterystycznym stylem – z jednej strony ciężkim i mrocznym, z drugiej – miał on w sobie jakiś intrygujący polot, co zresztą doskonale oddaje najbardziej znana produkcja Millsa – „The Bells”.
Jeff odwiedział już wcześniej Katowice co najmniej kilkukrotnie – z okazji odbywającej się tutaj co roku w Spodku polskiej edycji festiwalu Mayday:
Koncert
Celowo podrzucam link do wspólnego wykonania The Bells z Orkiestrą Filharmonii w Montpellier. Bowiem gdy pierwszy raz usłyszałem o planowanym koncercie Tomorrow Comes the Harvest w siedzibie katowickiego NOSPR (koncert pierwotnie był planowany na kwiecień, został jednak przełożony na wrzesień), spodziewałem się bardziej czegoś w tym stylu. Okazało się jednak, że zamiast tego… trafiłem na niezwykłe muzyczne jam-session trójki muzyków, którzy w trakcie tych dwóch godzin (a może to było półtorej godziny? czas zleciał mi tak szybko, że nawet nie pamiętam) koncertu połączyli klimaty jazzowe, elektronikę, techno, etno i sam nie wiem co jeszcze. Nie dość, że jedna improwizacja potrafiła trwać ponad 20 minut, to jeszcze mieliśmy tak naprawdę do czynienia z niezwykłą „rozmową” muzyków poprzez ich instrumenty. Może dla wielu osób to coś całkowicie naturalnego, dla mnie to było zupełnie nowe doświadczenie, szczególnie biorąc pod uwagę kto był za nie odpowiedzialny.


Z początku dźwięki były niezgrane, niedopasowane, by z czasem tworzyć coś coraz bardziej harmonijnego, wręcz transowego – szczególnie gdy prym zaczynali wieść Mills i Allen, którzy patrząc na siebie zaczynali się bawić w coś w rodzaju „powtórz to co zagrałem”, albo „kto gra głośniej / szybciej?”. Wybaczcie ten mało obrazowy opis, który mocno spłaszcza to, czego byli świadkami słuchacze na widowni. W trakcie koncertu raczej starałem się nie robić zdjęć ani tym bardziej nie nagrywać filmów, z szacunku do miejsca i nietypowego charakteru wydarzenia oraz samego artysty – jedyne wyjątki to przerwy pomiędzy utworami, kiedy Mills podchodził do mikrofonu by coś powiedzieć. Natomiast mogę Wam zaproponować by lepiej zobrazować koncert, to jedno z oficjalnych nagrań z innej edycji:
Sam Mills powiedział w trakcie koncertu, że pomysł na Tomorrow Comes the Harvest pojawił się jako seria „spotkań”, które mają w słuchaczach zasiać ziarno kreatywności – i wszyscy muzycy idealnie pokazali na czym taka kreatywność może wyglądać.To też tłumaczy skąd taki a nie inny tytuł tej serii koncertów – bo kto wie czy potem ktoś z widowni nie wpadnie na pomysł samodzielnego tworzenia muzyki?
NOSPR
Muszę przyznać, że siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach zachwyca nie tylko stałych bywalców takich miejsc, ale też takich muzycznych „ignorantów” jak ja. Za jej projekt odpowiadają: światowej klasy akustyk, Yasuhisa Toyota, który zaprojektował m.in. salę Opery w Sydney po jej generalnym remoncie czy też salę koncertową Elbe w Hamburgu oraz polski architekt, Tomasz Konior. Z zewnątrz hala idealnie wpasowuje się otoczenie katowickiej „Strefy Kultury”, ze znajdującym się nieopodal Muzeum Śląskim – na przykład elewacja budynku siedziby NOSPR pokryta jest charakterystyczną, czerwoną cegłą, jako żywo przypominającą elewacje śląskich „familoków” (budynków stawianych jako domy dla rodzin górników, hutników i innych „pionierów” tego miasta).




Wewnątrz, w hallu głównym znajdziemy olbrzymie przestrzenie i surowy beton (również mocno kojarzący się z industrialnym Śląskiem), a w samej hali koncertowej – drewniane wykończenia i wspaniałe nagłośnienie, w tym układy liniowe D&B Audiotechnik, które powala szczegółowością dźwięku, szczególnie w trakcie takich koncertów jak ten, którego byłem świadkiem.


Dla siedziby NOSPR nie był to pierwszy tak nietypowy koncert. Kilka lat temu odbyło się tutaj kilka edycji Video Games Live, czyli wydarzenia z muzyką z gier, w którym czynny udział brali muzycy NOSPR wraz z chórem. Niestety Katowice gościły Video Games Live zaledwie trzykrotnie, po czym wydarzenie przestało być tutaj organizowane, nad czym ogromnie ubolewam.
Dostępność NOSPR
Pod kątem dostępności NOSPR, jak na nowy i nowoczesny budynek przystało, jest w pełni dostępny. Sala koncertowa ma kilka dedykowanych miejsc dla osób na wózkach – miejsca te znajdują się po prawej i lewej części widowni na parterze, zaraz przy wejściach. Można też wjechać windą na górne piętra, choć na balkon raczej nie ma się po co zapuszczać – o windach wiem, bo przy okazji jednego z koncertów Video Games Live na piętrze była mała wystawa o tematyce retro-gamingu, organizowana przez katowickie Muzeum Komputerów i Informatyki. Na dole zlokalizowano także przystosowane, dedykowane niepełnosprawnym toalety oraz punkt gastronomiczny. Pod samym NOSPR znajduje się przystanek autobusowy, a jedyna „przeszkoda” jaka czeka na gości to lekkie wzniesienie do pokonania w drodze od przystanku do wejścia do budynku – ale to zaledwie kilkadziesiąt metrów.
Po stronie przeciwległej od przystanku zlokalizowano parkingi, ale z doświadczenia wiem, że lepiej przy okazji wydarzeń w Spodku, NOSPR czy Międzynarodowym Centrum Konferencyjnym lepiej wybrać autobus lub w ostateczności taksówkę – parkingi są zazwyczaj dosłownie „zawalone” samochodami organizatorów, obsługi technicznej, itp. Nie inaczej było w tym przypadku, bo dzień wcześniej na terenie „Strefy Kultury” (gdzie znajduje się m.in. budynek NOSPR) odbywały się koncerty z okazji urodzin Katowic i większość parkingu zajęły TIR-y ze sprzętem, a pozostałe wolne miejsca szybko wypełniły się innymi samochodami. Swoją drogą, jak na punkt miasta, w którym odbywa się tak wiele wydarzeń, parkingi w Strefie Kultury są zdecydowanie zbyt małe… a potem niektórzy dziwią się, że ludzie parkują tam gdzie popadnie. 😉 Jeśli ktoś mimo wszystko zdecyduje się na przyjazd samochodem na jeden z tych parkingów, musi się liczyć również z nieco dłuższą wspinaczką po koncercie bo cała Strefa Kultury została położona na niewielkim wzniesieniu.



